Press "Enter" to skip to content

Rozmowa z Agnieszką Lamek – Kochanowską

Reaktywując czasopismo „Równość“, nie mogliśmy przemilczeć tematu Czarnych Protestów, które były i nadal są reakcją na plany zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. O tym, choć nie tylko, rozmawiamy z Agnieszką Lamek-Kochanowską – współorganizatorką Czarnych Protestów w Bielsku-Białej.

Redakcja „Równości”: Aga, jak to się stało, że „kura domowa“, „pani domu“, „gospodyni domowa“ odrywa się od garów i idzie protestować, ba, współorganizuje protest na kilkaset osób w średniej wielkości mieście w Polsce?

Agnieszka Lamek-Kochanowska: (śmiech) Rozumiem, że w określonym celu użyłaś tych poniżających lub sztucznie wywyższających określeń wobec osób dbających o dom i rodzinę. Choć jest to praca czy wręcz fach, który jak każdy można doskonalić, pozostaje zupełnie niedoceniany. Jak sama zauważyłaś, osobom zajmującym się niepłatnymi pracami domowymi odmawia się inteligencji, oczytania, zaangażowania, posiadania poglądów politycznych, nawet biografii (śmiech). Jestem zaangażowaną obywatelką, działaczką, feministką i korzystam ze swojego prawa do sprzeciwu wobec tego, co próbuje się zrobić z prawami kobiet, prawami pracowniczymi, prawami zwierząt oraz słabszych w Polsce. Pierwszą sformalizowaną organizacją, w której zaczęłam działać, jest partia polityczna. Tam uczę się działania politycznego, które daje mi realne narzędzia do realizacji celów społecznych. Jestem członkinią zarządu okręgu Partii Razem Podbeskidzie. Uważam, że partia jako instytucja prawna daje mi możliwość wpływania na rzeczywistość, w tym rzeczywistość kobiet, która nie jest wcale kolorowa.

RR: Kobieta w polityce – to też wciąż fenomen…

ALK: Żyjemy w społeczeństwie, w którym równości się nie praktykuje. Nic więc dziwnego, że kobiety często wybierają bezpieczniejsze dla siebie przestrzenie, takie jak swój dom. Odważyłam się wejść do polityki wyłącznie dlatego, że powstała partia, która gwarantuje równość, ale również bezpieczeństwo. Prawdą jest, że kobiet działających w strukturach partyjnych jest zdecydowanie mniej niż mężczyzn, niemniej angażujemy się, szczególnie lokalnie, w działania dla sprawy, na przykład w szkołach, wspólnotach sąsiedzkich, fundacjach, stowarzyszeniach. Przecież to właśnie jest polityka.

RR: Co zatem spowodowało, że kobiety wyszły w końcu na ulicę, i co spowodowało Twoje zaangażowanie w organizację protestów?

ALK: Strach. Wkurzenie. Jawna agresja ze strony władzy wobec mnie, wobec nas kobiet. Świadomość, że idzie kolejne uderzenie w nasze prawa. Przewodniczący PiS, uruchamiając fanatyków w partii, ewidentnie rozgrywa politykę prawami kobiet. Protest wieszakowy, Czarny Protest pokazały siłę i niezgodę, które drzemią w kobietach – pokazałyśmy, że potrafimy się sprzeciwić. To była reakcja na działalność skrajnej prawicy. Fanatycy się wycofali. Pierwszy Strajk Kobiet zorganizowała w Bielsku-Białej Fundacja Pozytywnych Zmian, która zaprosiła do współpracy chętne osoby. Zawiązałyśmy Grupę Organizacyjną Czarny Protest i tak działamy już dłuższy czas organizując protesty i wspierając inne wydarzenia. Organizujemy się wokół jednej sprawy: praw kobiet, równouprawnienia. Dzięki temu zyskujemy doświadczenie wspólnoty, działamy kolektywnie, ramię w ramię z innymi kobietami, co daje poczucie sensu i przynależności. Odpowiada mi takie właśnie działanie. I choć stale musimy konfrontować się z olbrzymią ilością agresji, pogardy wręcz, robimy to dla wartości, dla praw kobiet. Działając wspólnie, wychodzę z tożsamości, w którą mnie wciśnięto na siłę, z poczucia wstydu i strachu. Podczas Pierwszego Czarnego Protestu pierwszy raz wystąpiłam publicznie i nie odczuwałam paraliżującej tremy, bo była to naturalna odpowiedź na zaistniałą w Polsce sytuację.

RR: Co poza protestami można jeszcze zrobić, żeby poprawić sytuację kobiet w Polsce?

ALK: Nie oceniać kobiet, nie zawstydzać, nieść przekaz równościowy, wkurzać się, ale też dokonywać wyborów politycznych sprzyjających równouprawnieniu, zachęcać kobiety do aktywności politycznej i nie umniejszać ich zaangażowaniu. Być w końcu aktywną politycznie. Wierzę, że ruch feministyczny jest w stanie zmienić politykę i sytuację kobiet w Polsce. Nasze działania koncentrują się na prawach kobiet i dążeniu do: równości płac, rozbicia szklanego sufitu, parytetów, prawa do decydowania o swoim ciele i rodzicielstwie, przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. Na poziomie lokalnym też można angażować się w poprawę sytuacji kobiet i dziewcząt, na przykład składając petycje do rady miasta o poprawę infrastruktury czy powołując rady kobiet, które wyrównują dysproporcje płci w samorządach, żądając budowy bezpłatnych żłobków i przedszkoli itp. Podkreśla się, że kobiety to połowa społeczeństwa, ale gdy dodamy ich dzieci, ich starych rodziców, teściów, którymi się opiekują, stają się większością społeczeństwa. Kraj, miasta lepsze dla kobiet będą lepsze dla wszystkich.

RR: Aborcja to trudny temat do dyskusji. Jak w ogóle dyskutować o aborcji?

ALK: W publicznej dyskusji o aborcji używany jest wyłącznie język stworzony przez hierarchów kościoła katolickiego i organizacje fundamentalistyczne. Mogłam tego doświadczyć podczas zbiórki podpisów pod projektem „Ratujmy Kobiety’’. To był naprawdę dobry projekt, który do problemu aborcji podchodził kompleksowo. Spotkałam się nie tylko z przychylnymi projektowi osobami, ale też z agresją ze strony przeciwników wyzywających mnie od morderczyń i zbrodniarek… Dla kontrastu podam przykład debaty w KIK-u (Klub Inteligencji Katolickiej) w Cieszynie, w której brałam udział. Była poświęcona feminizmowi, roli kobiet w społeczeństwie, dotknęliśmy również tematu aborcji. Doszliśmy w nim do porozumienia, że państwo powinno lepiej zadbać o bezpieczeństwo ekonomiczne kobiet, matek i dzieci, a aborcja powinna być rozstrzygana we własnym sumieniu kobiety1. Mieliśmy też wspólne zdanie, że w dyskusjach na temat aborcji należy posługiwać się faktami, a nie starać się wpływać na emocje czy też argumentować własnymi przekonaniami, na przykład religijnymi. W Polsce kobiety muszą mieć zagwarantowaną bezpieczną aborcję. Uważam, że prawo do decydowania o własnym ciele oraz o planach związanych z rodzicielstwem należą do podstawowych praw człowieka. Mężczyznom w Polsce nie odmawia się tego prawa. Tak zwany „kompromis aborcyjny’’ jest kompromisem zawartym między mężczyznami, między fundamentalistami a konserwatystami. Z kobietami nie negocjowano żadnego kompromisu!

RR: Powiedziałaś, że spotkałaś się z agresją ze strony przeciwników aborcji. Wyszłaś zatem z bezpiecznej strefy, jaką daje Ci dom albo partia…

ALK: Tak i nie miałam złudzeń, że będzie inaczej. Dlatego zbierając podpisy, nigdy nie stałam sama. W zbiórce pomagali mi właśnie członkowie partii i przyznaję, że „zwolniłam“ z tego obowiązku dziewczyny, które nie czuły się na siłach, żeby zbierać podpisy pod projektem ustawy liberalizującej przepisy aborcyjne.

RR: No właśnie, podczas protestów kobiet mówiło się dużo o solidarności kobiet i o siostrzeństwie. A czy ty je czujesz? Gdzie w tej solidarności ulokować mężczyzn?

ALK: Jesteśmy solidarne. Nawet drobne gesty kobiet, które nie wzięły bezpośrednio udziału w protestach, stanowią o naszej solidarności i sile. Każda z nas niech robi tyle, ile może, ile potrafi, a małymi krokami dojdziemy do celu. Ruchom konserwatywnym nie uda się odwrócić trendu emancypacyjnego kobiet. Upadają przecież kolejne bastiony konserwatyzmu – ostatnio Malta i Irlandia. Feminizm idzie ramię w ramię z mężczyznami ku równości i uznaniu naszych praw, nie przeciwko mężczyznom. Żyjemy w społeczeństwie stworzonym przez mężczyzn i dla mężczyzn, czyli patriarchacie, ale mężczyźni, tak samo jak my, są ofiarami takiego modelu, choć sytuacja kobiet jest zupełnie inna, o wiele dramatyczniejsza. Dlatego kobiety powinny angażować się w politykę, tam, gdzie stanowione jest prawo. Mówi się, że polityka w Polsce jest brudna. Moim zdaniem brud polskiej polityki wynika z uznania jej za pole walki, a nie sporu, z tego, że wspiera się w niej nierówności, i w końcu z tego, że polityczność spraw jest definiowana wyłącznie z męskiego punktu widzenia. Problemy kobiet nie są uwzględniane w tak prowadzonej polityce. Biorąc to wszystko pod uwagę, taka polityka raczej nie zachęca kobiet do aktywnego w niej udziału. Nasz świat jest skonstruowany tak, żeby kobiety nie miały już siły włączyć się do polityki – z pracy na etacie idziemy do pracy w domu albo po pracy w domu pracujemy w domach rodziców i teściów. Państwo, ignorując konieczność budowy żłobków, przedszkoli, domów opieki nad osobami starszymi, odmawiając kobietom wyższych pensji, nie ułatwia nam życia. Solidarny mężczyzna to (co najmniej) ten, który zwyczajnie nie zabiera nam przestrzeni do działania.

RR: Czy masz poczucie, że musieliśmy zrobić krok w tył, żeby iść do przodu albo żeby chociaż kobiety pobudzić do działania?

ALK: Wydaje nam się, że wraz z wygraniem przez PiS wyborów w 2015 roku sytuacja kobiet pogorszyła się diametralnie. A przecież od zawsze, już od tak zwanej transformacji, Polki muszą zmagać się z klerykalnym przekazem i zadowalać się byle czym, czyli kompromisem aborcyjnym. Wszystkie partie prowadziły antykobiecą politykę. Pracujemy za niższe pensje. Przemoc wobec kobiet nie jest ścigana z urzędu. Bezrobocie wśród kobiet jest wyższe niż wśród mężczyzn. Nie możemy decydować o swoim rodzicielstwie. Teraz wydaje nam się, że polityka się zradykalizowała, dlatego że Kaczyński celowo dopuszcza do głosu fundamentalistów. Może rzeczywiście trzeba było tego doświadczyć, żeby coś się ruszyło w kwestii walki o prawa kobiet… Liberalizm w polskiej wersji dawał nam ułudę wolności. Sytuacja, w jakiej znalazła się Alicja Tysiąc, pokazała, że już przed PiS-em nie było kolorowo. Przecież to wtedy powstała turystyka aborcyjna dostępna wyłącznie dla kobiet zamożnych. Teoretycznie miałyśmy przez jakiś czas możliwość zakupu „tabletki po” bez recepty, ale w rzeczywistości cena tej tabletki oraz jej słaba dostępność stanowiły dla wielu kobiet barierę nie do przeskoczenia. Między rządami PiS a PO według mnie nie ma aż takiej różnicy. Różnicę widzę między PRL-em a dzisiejszą polityką. Pod względem dostępu do aborcji kobiety były wtedy w lepszej sytuacji. Będąc w ciąży, słyszałaś pytanie: „Rodzimy czy usuwamy?” i – co wydaje się smutnym żartem – zadawały je te same osoby, które dziś moralizują oraz są gorącymi przeciwnikami aborcji. Oczywiście w PRL-u kobiety spotykały się z innymi problemami, nie był to czas realnego równouprawnienia. Dostrzegam też pozytywne zmiany – obecnie organizacje feministyczne potrafią złość kobiet zorganizować. Kolejnym krokiem powinno być zaangażowanie się kobiet w politykę. Potrzebujemy silnej reprezentacji kobiet w rządzie, sejmikach, radach miast.

1 Debata pod tytułem „Ponad granicami: kobieta w społeczeństwie – kobieta w Kościele’’ odbyła się 23 maja 2018 roku. W rozmowie wzięła udział prof. Katarzyna Olbrycht.