Press "Enter" to skip to content

Rewitalizacja czy gentryfikacja, co jest lepsze dla mieszkańców i jak je odróżnić?

Gentryfikacja jest u nas nowym słowem, które nie dorobiło się jeszcze polskiego odpowiednika. W ogólnym zarysie oznacza ono proces przekształcenia jednej lub kilku dzielnic miasta z przestrzeni społecznej w obszar całkowicie skomercjalizowany i podlegający jedynie “rynkowej” kontroli. Pozytywnym skutkiem gentryfikacji jest znaczna poprawa jakości przestrzeni miejskiej na tych obszarach, negatywnym natomiast – dramatyczna niekiedy zmiana struktury ludności dzielnicy, wywołana przez wysiedlenie z zajmowanych dzielnic ludzi i rodzin o niższych dochodach. Proces gentryfikacji rozpoczyna się zazwyczaj od prywatyzacji mieszkań, domów i wspólnej przestrzeni. Pod hasłami “rozwoju dzielnicy” miasto zaczyna wysprzedawać prywatnym inwestorom miejsca pozostające do tej pory pod kontrolą komunalną. Pod młotek idą komunalne mieszkania i kamienice, aby sprzedać działki, wyburza się zrujnowane budynki. Przy tym nie bierze się pod uwagę żadnych alternatywnych sposobów ich zagospodarowania. W celu przyciągnięcia prywatnych inwestorów miasto często zaczyna lokować publiczne pieniądze w infrastrukturę i estetykę dzielnicy, co odbierane jest pozytywnie przez lokalną społeczność. Gentryfikacja jest zarezerwowana dla dzielnic atrakcyjnych np. ze względu na bliskość miejsc rozrywki, walorów przyrodniczych, miejsc spotkań towarzyskich, parków i centrum miasta.

Rewitalizacja natomiast to skoordynowane działania, prowadzone wspólnie przez samorząd, społeczność lokalną, także deweloperów mające na celu przeciwdziałanie degradacji dzielnicy, zjawiskom patologicznym wśród mieszkańców, pobudzanie rozwoju dzielnicy, poprzez wzrost aktywności społecznej i gospodarczej oraz remont mieszkań i budynków i infrastruktury. Rewitalizacja jest wspomagana przez samorząd, wspólnotę mieszkańców, instytucje i może być prowadzona na każdym zdegradowanym obszarze całego miasta.

W Bielsku-Białej opisywane wyżej mechanizmy przemiany dzielnic możemy obserwować na przykładzie bielskiego Rynku (dawny ZWM). Od 1998 roku wdrażany jest tu „program rewitalizacji centrum historycznego”. Włodarze miasta programu rewitalizacji nie nazywali gentryfikacją, choć zakładali zmianę „struktury społecznej” tej dzielnicy. Po modernizacji infrastruktury, po przekwaterowaniu niezamożnych mieszkańców do lokali socjalnych, po sprzedaży mieszkań najemcom z bardziej zasobnym portfelem, a także po sprzedaży z dużymi bonifikatami zabytkowych kamienic prywatnym inwestorom, bielski Rynek faktycznie zaczął się ożywiać i wypiękniał dzięki odnowionym elewacjom. Przedsiębiorcy zaczęli otwierać puby, kawiarnie, lodziarnie i restauracje. Latem organizowane są tu koncerty i imprezy plenerowe. Aktywiści/aktywistki znajdują tu miejsce do spotkania z mieszkańcami. Rynek stał się enklawą dla osób szukających rozrywki i aktywności. Niemniej „zwykłego życia” nie da się tutaj wieść. Nie zrobi się tutaj zakupów spożywczych, nie kupi prasy czy artykułów drogeryjnych. Powoli i niezauważalnie Rynek stał się miejscem, do którego nie ma powodów wpadać za dnia i w dni powszednie. Na ZWMie bywa się towarzysko w godzinach wieczornych, przeważnie w weekendy i ciepłe miesiące. Trudno tu spotkać wracające ze szkoły do domu dzieci. Po wycince drzew nie zobaczymy tu chroniących się przed upałem mieszczuchów. Osoby z niepełną sprawnością raczej się tu nie zapuszczają zatrzymani na rogatkach przez historyczny bruk. Mam wrażenie, że urzędnicy miejscy podejmując decyzję o rewitalizacji Rynku, skupili się wyłącznie na infrastrukturze i nie zadbali o społeczny wymiar zmian. Najemcy lokali w miesiącach chłodnych mają kłopoty, aby zarobić na czynsz. Rynek, przez większą część roku wbrew obiegowej opinii nie jest miejscem tętniącym życiem. Urzędnicy miejscy, zapomnieli chyba o tym, że miasto i jego dzielnice są „utrzymywane” wyłącznie przez mieszkańców, a nie turystów lub bywalców. Mam wrażenie, że urzędnicy nie wykorzystali swoich uprawnień, aby zadbać o różnorodność oferty na rynku. Swoje uprawnienia oddali logice rynku. Kiedy przechodzę przez rynek w drodze na zakupy, zawsze zadaję sobie pytania: ile pubów i restauracji potrzebują bielszczanie? Czy nie potrzebujemy jednak więcej mieszkań do mieszkania, żłobków i przedszkoli dla swoich dzieci, czy też skwerów z drzewami i ławkami? Stabilnej pracy i atrakcyjnych pensji? Nocnych autobusów? Ciszy i bezpieczeństwa? Świetlic dla dzieci i seniorów? Czy w ratuszu urzędnicy nie zapomnieli, że miasto jest przede wszystkim do mieszkania i wygodnego życia?

Prywatyzowanie komunalnego zasobu, nie służy mieszkańcom, służy tylko nielicznym, wyłącznie tym, którzy zainwestowali w nieruchomości i ziemię. Uruchamiając program rewitalizacji, bielscy urzędnicy wpadli w pułapkę gentryfikacji, a my razem z nimi. Nie łudźmy się, każda zmiana społeczna czy infrastrukturalna, zachęca do inwestowania i do wprowadzania gier rynkowych. Samorząd może jednak kontrolować zachodzące zmiany, przecież dysponuje możliwościami i ma narzędzia prawne. My mieszkańcy nie zapytaliśmy władz naszego miasta o to, w jaki sposób zarządzać będą procesem rewitalizacji na bielskim Rynku. Jak ją będą nadzorować. Jaką chcą prowadzić politykę lokalową i mieszkaniową w centrum? Jakie wyznaczyli reguły gry dla deweloperów i inwestorów, którzy się na tym terenie pojawią? Komu te zasady tak naprawdę będą służyć?

Czy moje miasto jest miejscem dla wszystkich, którzy w nim mieszkają i w jakikolwiek korzystają z tego, co ma do zaoferowania? Chciałaby odpowiedzieć, że tak.